sobota, stycznia 21, 2006

Mango


Na ulicach Peru wszyscy obzeraja sie mango. Cala torebke mozesz bowiem kupic za jednego sola (1zl). Sa to owoce duze i zolte o miekkim miazszu i olbrzymiej pestce. Jedzacy charakteryzuja sie tym ze sok obficie cieknie im po brodzie. Drzewa mango sa romantycznie rozczochrane w jedna strone. Przywodza troche na mysl nasze polskie wierzby. Tajemnica mango tkwi jednak w jego skorce... To co przezyjesz zjadajac mango ze skorka z romantyzmem niewiele ma wspolnego...
Zjedlismy po raz pierwszy w naszym zyciu ten soczysty zolty owoc zerwany z romantycznie rozczochranego drzewa, sok pociekl nam po brodzie, a nastepnego dnia... zamiast kontynuowac podroz bylismy zmuszeni zostac jeszcze jeden dzien w Trujillo. Marcin zezarl cala skorke i spedzil caly dzien wedrujac miedzy lozkiem i toaleta, ja zezarlam tylko troche skorki i czulam sie jeszcze nienajgorzej.

Kiedy moj biedny brat chorowal my z Danielem przesiadywalismy w mieszkanku jego brata, ogladajac filmy na komputerze, gadajac no i oczywiscie grajac w playstation, co jest wstydliwa obsesja pana doktora :). Cudowny dzien totalnego odpoczynku (mhm... i totalnej meczarni dla mego wspoltowarzysza podrozy...).

Coz... Nastepnego ranka musielismy w koncu pozegnac sie z Danielem. Bylo nam bardzo przykro. Machajac do niego z autobusu pomyslalam sobie ze moze nie zobaczymy sie juz nigdy, ale to glupie mango podarowalo nam jeszcze jeden dzien.

Do autobusu wchodzily tlumy przekupek. Ludzie kupowali zolte, soczyste owoce za 1 peso, przezuwali skorke i sok ciekl im po brodach. Obficie.

Tym razem ja czulam sie nienajlepiej. Mango eksplodowalo w moim brzuchu niczym bomba z opoznionym zaplonem...

Brak komentarzy: