czwartek, lutego 16, 2006

Najwyzsza stolica swiata


Lodka wracamy na staly lad, do Copacabany. Siedzac na dachu wdajemy sie w rozmowe z grupa Chilijczykow. Zabawne! Tym razem prawie caly stateczek pelen jest tej nacji. Umawiamy sie z nimi na wieczor do knajpy. Poznani wczesniej na wyspie Jorge i Daniela oraz jeszcze jeden chlopak Felipe ida razem z nami do hostelu. Znalezlizmy bowiem chyba najtansza oferte w tym turystycznym miescie (10 bolivianos za noc).
Jemy menu za 7, czyli troche mniej niz dolara i o godzinie 20 udajemy sie na miejsce spotkania. Knajpa jest przytulna i ciepla, w malym telewizorku leca koncerty z festiwalu reggea. Piwo nie jest drogie. Chilijczycy zapraszaja nas do swoich domow w Santiago. Jest milo.
Razem z Jorge, Daniela i Felipe nastepnego dnia ruszamy autobusem do La Paz. Wczesniej jednak za 1 boliviano kupujemy z Marcinem na ulicy pyszne smazone banany nadziewane marchewka i miesem. Zastanawiam sie w jaki sposob Indianka przyrzadzila cos takiego. Jak juz bede w Polsce chyba tez sprobuje.
Ostatni rzut oka na najwyzej polozone na swiecie jezioro zeglowne (3,821 m npm), pare godzin jazdy i naszym oczom ukazuje sie rozlozona pomiedzy gorskimi zboczami najwyzsza na swiecie stolica - La Paz. Z ciekawostek warto napisac ze jest to jedyne tak duze miasto na Ziemi, ktore nie posiada strazy pozarnej. Powietrze jest tu bowiem tak rozrzedzone, ze ogien natychmiast gasnie. Mozesz to latwo zaobserwowac zapalajac zapalke. Mozesz zwariowac zapalajac zapalke :).
Inni podroznicy kiedy opowiadali o La Paz, przede wszystkim schodzili na temat Soroche - choroby spowodowanej wysokoscia. Nas Soroche na szczescie nigdy nie dopadlo, ani w Peru w gorach, ani tutaj. Byc moze dlatego, ze na wysokosci wspinalismy sie stopniowo i nasze organizmy zdazyly do tego przywyknac. Tego ze troche ciezko ci sie oddycha, szczegolnie gdy idziesz pod gore nie unikniesz w zaden sposob.
Pod gore wlasnie musimy sie piac z naszymi plecakami, zeby dotrzec do najtanszego i tym samym najbardziej obleganego schroniska w miescie - Carretero. Nocleg kosztuje tu 17 bolivianos (2 dolce). Jest to olbrzymi paropietrowy budynek pelen podroznikow glownie z Ameryki Poludniowej, na pierwszy rzut oka Argentynczykow. Niebieskich ptakow. A wlasciwie to rozowych :), bo o czym swiadcza wszechobecne napisy na scianach jest to mlodziez dosyc lewicowa.
Bierzemy trojke, razem z Felipe. Jest to jedno z ciekawszych schronisk do jakich do tej pory trafilismy. Podoba nam sie.
Wychodzimy na miasto. Dostarczajac dowodow teori Maslowa, zanim rozpoczniemy zwiedzanie, idziemy cos zjesc. Swe potrzeby zywieniowe zaspokajamy wstopniu wystarczajacym (obrzeramy sie chicharonem z kurczaka) w restauracji chinskiej za 10 bolivianos.
I ruszamy na podboj La Paz. Od razu widac ze jest to miasto biedne. Ulice pelne sa tandety - straganow na ktorych sprzedaje sie doslowniewszystko, sporo rzebrzacych Indian, ludzie ubrani nienajlepiej. Ale za to zabytki. Odnajdujemy ladne koscioly i place. Katedra jest taka jak lubie - pelna ciszy, swiec i Boga, a wolna od turystow _(no, tylko my).
Straznikow przed palacem prezydenckim pytam sie, gdzie i kiedy moznaby zobaczyc jak przemawia Evo Morales . Slyszalam bowiem ze jest to cos niesamowitego, ze Indianie nosza go na rekach, wokol gromadza sie zespoly muzyczne z calego kraju, ze generalnie jest to niezle widowisko. Niestety nie uzyskuje upragnionej informacji. Gdzie mozna zobaczyc swiezo upieczonego prezydenta nie wiemy. Ale mam nadzieje ze sie wkrotce dowiemy.
Na razie musza nam wystarczyc podobizny Evo, na pierwszych stronach wszystkich prawie gazet. Evo powiedzial, zrobil, Evo w glorii przejal wladze, Evo objal twarde stanowisko w stosunkach z Amerykanami, Evo znacjonalizowal, Evo popieraja Fidel, Chavez i Jacque Chirac (przynajmniej twarz tego ostatniego widnieje przy takim wlasnie tytule, ile w tym prawdy nie wiemy). Evo przemawia tez w telewizorze. Mozemy go zobaczyc miedzy jednym a drugim lykiem zupy w barze.
Udajemy sie na targ z artesaniami - interesuje nas przede wszytkim zakup ubran, przepieknych indianskich wyrobow, w wiekszosci z alpaki, ktore ponoc mozna tu nabyc za smiesznie niskie pieniadze. Wybor jest rzeczywiscie spory, produkty czesto ladniejsze niz w Peru, ale ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu ceny prawie ze takie same. Spedzamy jakies 3 godziny lazac po straganach. I mimo wszystko troche sie opkupujemy.
Poznym wieczorem wracamy do naszego Carretero. Gadamy jeszcze z Felipe, znowu glownie o polityce i idziemy spac. Nie wiem czemu, ale w tej najwyzszej na swiecie stolicy spi sie cudnie.

Brak komentarzy: